W życiu emocjonalnym kobiet są okresy przypływu i odpływu. Fale przyjaźni, miłości, samotności, a czasem – desperacji. To słowo, tak często wypowiadane z politowaniem lub złośliwością, potrafi jednak powiedzieć wiele o stanie duszy i głodzie bliskości. Ten felieton to nie akt oskarżenia, lecz próba przytulenia tej desperatki w każdej z nas – z empatią, humorem i szczyptą zrozumienia.
Na początku każdej historii o desperatce stoi… pragnienie. Nic z gruntu złego. Pragnienie bycia kochaną, zauważoną, ważną. Pragnienie sms-a, który nie kończy się na „ok”. Pragnienie, które zaczyna się jak westchnienie, a kończy się często kompromisem. Najpierw małym. Potem już większym. A potem – kłamstwem w lustrze.Bo desperatka to nie kobieta „chora z miłości”. To kobieta, która tak długo była głodna, że zaczęła wierzyć, że uczucie dostaje się na promocji – im szybciej się zgodzi, tym więcej zyska. „Nie będę wybrzydzać, nie zasługuję” – szepcze w głowie. I wtedy miłość przestaje być wyborem, a staje się strategią przetrwania.
Miłość na przecenie – czyli rabat na szacunek
Desperatka nie zakochuje się „za szybko”. Ona po prostu nie sprawdza metki. Czasem nawet nie zagląda do środka. Wystarczy, że on powiedział „fajnie się z tobą gada” i już przeskakuje wewnętrzny firewall. Bo nie chodzi o niego. Chodzi o to, co on obiecuje swoją obecnością – ulgę. Ukojenie. Wartość.Tylko że to nie jest miłość. To system lojalnościowy, w którym punkty zbiera się za czekanie na odpowiedź, nieustanne dawanie i… odpuszczanie sobie samej. I nie, nie chodzi tu o ocenianie kobiet. Chodzi o to, że gdy tak długo szukasz dowodu, że jesteś ważna, wystarczy cień zainteresowania, by uznać, że to certyfikat. A to tylko ciepły ochłap.
Dlaczego mądre kobiety zakochują się jak bohaterki tanich powieści?
Bo mądrość nie jest kamizelką kuloodporną. Desperatki to często kobiety sukcesu, z doktoratami, dziećmi i kredytem. Ale z sercem, które od miesięcy nie usłyszało nic czułego. I z wiarą, że jeśli będą „lepsze”, to ktoś je pokocha. To nie jest głupota. To tęsknota. A tęsknota potrafi oślepić lepiej niż trzy kieliszki prosecco i zakładana zbyt często czerwona bielizna. To dlatego Anka z podcastu „Przypadki Miłosne” mówi o kobietach, które chodzą na randki nie dlatego, że ktoś je ciekawi, ale żeby sprawdzić, czy „jeszcze się da”. I czasem da się. A czasem boli. I właśnie w tym rozdźwięku między „być może” a „znów nie” rodzi się emocjonalna zadyszka, której nie leczy się powtarzaniem: „musisz się bardziej szanować”.
Miłość to nie promocja. To wybór z pełnej ceny
Najtrudniejsze w byciu desperatką? To, że człowiek sam przed sobą nie przyzna się do tego słowa. Za bardzo boli. Za bardzo przypomina czasy, kiedy błagałyśmy o uwagę rodziców, chłopaka, świata. Ale może warto – choć raz – zapytać siebie: „Czy ja naprawdę chcę jego? Czy tylko chcę czuć się wybraną?”. Bo miłość nie zaczyna się od tego, że ktoś mówi „jesteś wyjątkowa”. Miłość zaczyna się od tego, że nie zniżamy swojego wewnętrznego standardu tylko po to, żeby ktoś z zewnątrz nas nie odrzucił. To trudne. Ale możliwe. I warto.
Nie wstydź się, jeśli też masz desperatkę w sobie
Na koniec – ważne: desperatka to nie obraza. To stan duszy. Przejściowy. Ludzki. Czuły. To często pierwsze stadium budzenia się do świadomości, że chcemy czegoś więcej niż relacji, która przypomina zbieranie okruszków. Nie jesteś sama. Nie jesteś dziwna. I nie jesteś „trudna do kochania”. Może po prostu nauczyłaś się za szybko dawać, zanim ktoś zasłużył. I dziś przyszedł dzień, by powiedzieć sobie: „To ja wybieram. Już nie przeceniam siebie”.
TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay
Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu Przypadki miłosne pt. „Desperatki” (kliknij, żeby posłuchać). Podcast dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.

