Kiedy Ona zakochuje się, często wchodzi w relację jak do ciepłego jeziora – zanurza się cała, zapomina o brzegu. Ale czy związek musi oznaczać zatarcie siebie? Czy da się stworzyć My, nie gubiąc Ja? A może dopiero wtedy, gdy staje się sobą – świadomą, zintegrowaną, obecnością – może prawdziwie być z kimś drugim?
Wiele z nas zna ten scenariusz: Ona – niezależna, kreatywna, z pasjami – poznaje Jego. I nagle „On nie lubi sushi, więc już nie jemy”, „On się wycisza wieczorami, więc przestałam oglądać seriale” albo: „On nie lubi, jak się przyjaźnię z Kasią ”. I tak krok po kroku Ja topnieje w My, ale nie w sposób harmonijny – tylko tak, jak ginie kostka lodu wrzucona do gorącej herbaty. Czy to jest miłość? A może to jest mit miłości – tej bez reszty, tej bez granic, tej, w której Ona znika?
„My” jako wygodne kłamstwo
Powiedzmy to głośno: mit „My” bywa alibi dla wielu rzeczy. Dla niechęci do samotności. Dla lęku przed konfrontacją. Dla braku odwagi, żeby być sobą. Bo jak bardzo trzeba się nie lubić, żeby zgodzić się zrezygnować z siebie dla świętego spokoju? I czy spokój, w którym codziennie wyciszamy własne potrzeby, to na pewno spokój, a nie cicha kapitulacja? Związek, który wymaga wymazania siebie, to nie relacja – to przejęcie. Czasem przez drugiego człowieka. Czasem przez nasze własne nieuświadomione przekonania.
Ona nie przestaje być sobą. Ona nie zmienia fryzury tylko dlatego, że „jemu się bardziej podobają długie”. Nie rezygnuje z pracy, bo „on zarabia wystarczająco”. Nie milknie, kiedy chce mówić, i nie tłumaczy swojej ciszy, kiedy potrzebuje pobyć sama.To nie znaczy, że nie idzie na kompromisy. Ale kompromis to spotkanie w połowie drogi, nie zawracanie z własnej ścieżki.
Dlaczego tak trudno być „Ja” przy „My”?
Bo nie uczono nas tego. Dorastałyśmy w bajkach, w których księżniczka zawsze znajdowała sens swojego życia dopiero wtedy, gdy pojawiał się książę. Nikt nam nie mówił, że można być spełnioną kobietą i mieć związek jako dodatek, nie jako centralny projekt życiowy.Do tego dochodzą wzorce rodzinne. Jeśli Mama była tą, która poświęcała się „dla dobra rodziny”, to Ona – córka – często bierze to za oczywistość. A przecież „dobro rodziny” nie może oznaczać niedobra jednostki.
Dwa krzesła. Nie jedno
Związek to nie jedna ławka, na której siedzą stłoczeni, ale dwa osobne krzesła – blisko siebie, ale niezależnie. Każde z nich ma swoją perspektywę, swój komfort, swoją konstrukcję. I tylko wtedy można się naprawdę spotkać – kiedy każde z nich wie, kim jest i czego potrzebuje. Czy Ona może to zmienić? Tak. Ale najpierw musi sama sobie zadać pytanie: „Kim jestem, kiedy jestem sama?” I jeśli odpowiedź ją zaskoczy, to znaczy, że czas się temu przyjrzeć, bo miłość nie oznacza fuzji. Zamiast „kochać się aż do zatracenia” – może lepiej „kochać się tak, by każde mogło być sobą”? Miłość nie jest fuzją. Nie jest wchłonięciem. Jest współistnieniem. A My to nie zlepienie, tylko spotkanie dwóch pełnych osób. Ona nie jest połową. Ona jest całością.
Zadanie: Usiądź dziś z kartką i długopisem. Napisz: „Ja jestem…” i dokończ zdanie dziesięć razy. Nie używaj imion dzieci, nie pisz, kim jesteś w pracy, ani czyją jesteś partnerką. Piszesz tylko o sobie. A potem zobacz, co się wyłania. Może odkryjesz siebie na nowo.—Jeśli ten tekst Cię poruszył – podeślij go przyjaciółce. I wróć do nas – do Przypadków Miłosnych. Bo warto o tym mówić. Głośno, śmiało, z czułością dla siebie.
TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay
Jeśli podoba Wam się to, co robimy i lubicie nas słuchać, możecie postawić nam kawę ☕️ za każdą z nich gorąco dziękujemy 💛
https://buycoffee.to/przypadki-milosne
Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu Przypadki miłosne pt. „Ja vs My” (kliknij, żeby posłuchać).Podcast dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.

