Miłość na smyczy: kiedy strach przed stratą staje się codziennością

Miłość potrafi być wolnością, ale też klatką. Zwłaszcza wtedy, gdy zamiast zaufać – sprawdzamy, zamiast kochać – kontrolujemy, a zamiast być razem – boimy się, że zaraz będziemy sami. Lęk przed odejściem drugiej osoby nie pojawia się bez powodu, ale czasem urasta do rangi wewnętrznego terroru. A przecież nikt nie chce być swoim własnym strażnikiem i więźniem w jednym.

Tak zaczyna się wiele związków: zauroczenie, bliskość, wspólne plany. A potem pojawia się cień. Mało kto go zauważa od razu – przychodzi cicho, jak przeciąg, jak myśl, której nie chcesz mieć, ale ona i tak się pojawia. „Boję się, że mnie zostawi”, „On na pewno pisze do tamtej”, „Znowu nie odpisał przez trzy godziny – coś się dzieje!”. Człowiek w takim stanie zaczyna się kurczyć. Przestaje być kobietą, która kocha – a staje się kobietą, która się boi. I ten strach ma w sobie coś ze smyczy: niby nie więzisz nikogo, ale trzymasz kurczowo. I tą samą siłą trzymasz siebie.

Strach, który wszystko wykrzywia
Lęk przed utratą to nie fanaberia. To często echo. Echo wcześniejszych strat, porzuceń, zdrad, braku czułości w dzieciństwie albo poczucia, że nie zasługuję na to, by ktoś naprawdę był przy mnie. Problem w tym, że echo nie zna teraźniejszości – ono brzmi dawnymi głosami. A ty, zamiast widzieć swojego partnera, widzisz wszystkich poprzednich, wszystkich, którzy cię opuścili. I robisz coś bardzo ludzkiego: zaczynasz się zabezpieczać.
Tylko że to zabezpieczenie nie daje bezpieczeństwa. Daje iluzję. Telefon pod poduszką, przeglądanie historii, pytania zadawane „dla żartu”, inscenizowane sytuacje, testy lojalności. A potem? Poczucie winy. Bo przecież nie chciałam być tą kontrolującą, nieufną, zazdrosną. Chciałam tylko czuć, że jestem ważna.

Miłość nie znosi patroli
Związek to nie posterunek. A miłość nie znosi patroli. Kiedy partner staje się podejrzanym, a ty stajesz się jego cichym śledczym – coś się w tej relacji łamie. Oboje zaczynacie się od siebie oddalać. On, bo czuje się osaczony. Ty, bo boisz się, że nie wystarczy. I tak powstaje błędne koło, z którego trudno wyjść bez pomocy – czasem psychoterapii, czasem szczerej rozmowy, czasem zatrzymania się i spojrzenia w lustro. Bo może najpierw trzeba pokochać siebie. Dać sobie to, czego tak desperacko szukasz w jego słowach i obecności.

Jeśli ciągle się boisz, że on odejdzie, to może ty jeszcze nie przyszłaś
To zdanie padło w naszym podcaście i zapadło mi w pamięć. Bo tak właśnie jest. Kiedy żyjesz w strachu, że on zniknie – może ty jeszcze w pełni nie pojawiłaś się w tym związku. Może jesteś w połowie drogi – jedna noga w przeszłości, druga w niedowierzaniu, że może być dobrze. A może po prostu nie masz jeszcze odwagi powiedzieć sobie: „Zasługuję. I to nie jest pycha, to jest miłość własna”. Nie mylmy czujności z czułością. Nie wszystko, co robimy z „miłości”, jest jej przejawem. Czasem to strach w przebraniu. Czasem to lęk ubrany w troskę.

Zamień kontrolę na kontakt
Ostatecznie każda z nas chce tego samego – być kochaną, widzianą, wybraną. Ale droga do tego prowadzi przez zaufanie. Czasem – szalone, czasem niepewne, czasem budowane z trudem. Ale zawsze warte ryzyka. Zamiast kolejnego pytania: „Gdzie byłeś?”, może warto zapytać: „Czy chcesz dziś pobyć bliżej?”. A zamiast siedzenia w lęku, warto przytulić siebie samą – jako pierwszą. Bo wtedy lęk nie zniknie, ale przestanie rządzić. I może właśnie wtedy… naprawdę przestaniesz się bać, że on odejdzie. Bo już nie będziesz siebie opuszczać.

TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay

Jeśli podoba Wam się to, co robimy i lubicie nas słuchać, możecie postawić nam kawę ☕️ za każdą z nich gorąco dziękujemy 💛
https://buycoffee.to/przypadki-milosne

Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu Przypadki miłosne pt. „Boję się że odejdziesz” (kliknij, żeby posłuchać) Podcast dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.