Miłość do bólu. Czy raczej do siebie?

Odejście nie zawsze oznacza koniec miłości. Czasem to właśnie z miłości do siebie trzeba zamknąć drzwi, choć serce jeszcze stoi w progu. Tylko jak odejść, kiedy wciąż się kocha?

To zdanie nie pasuje do bajek Disneya. Ani do romansów, gdzie miłość pokonuje wszystko – nawet zdrowy rozsądek. A jednak coraz więcej kobiet szepcze je do poduszki, w myślach, które nigdy nie wychodzą na głos. Bo jak wytłumaczyć światu, że kochasz – i odchodzisz? Przecież uczono nas, że jeśli kochasz, to trwasz. Trzymasz. Wybaczasz. Zaciskasz zęby i czekasz na cud. A jeśli cud nie przychodzi, to… jesteś niewystarczająca. Niekochająca. Egoistka. I tu pojawia się ta druga miłość – cichsza, mniej filmowa. Miłość do siebie.

Tkwienie w świętym związku
Bywa, że ona latami czeka, aż on się zmieni. Przecież ma dobre serce. Przecież był czas, kiedy był czuły. Przecież nie jest przemocowy, nie pije, nie bije. Ale też nie widzi. Nie słyszy. Nie rozmawia. Nie tańczy już do jej muzyki. I nie chodzi tu o wielkie dramaty. Czasem to codzienna samotność w duecie. Czasem jego brak obecności przy niej, kiedy boli, kiedy dzieci chore, kiedy świat się wali. Czasem jego „czego znowu chcesz?” rani bardziej niż nieobecność. A ona nadal mówi: „kocham”. I czuje się potwornie winna, że ta miłość jej już nie wystarcza.

Winna – czyli kobieta niekompletna
Wina. To uczucie, które kobieta potrafi nosić w torebce między pomadką a chusteczkami. Winna, że myśli o sobie. Że potrzebuje przestrzeni. Że nie chce już reanimować relacji, która leży w śpiączce od lat. To tak, jakby odejście było równoznaczne z porażką. A przecież czasem odejście to dojrzałość. To zaufanie do siebie. To powiedzenie: „sprawdziłam wszystkie opcje. Rozmawiałam. Próbowałam. Kochałam. I teraz… kocham siebie na tyle, by wyjść.”

Tyle tylko, że nie uczono nas, jak to robić bez teatralnych rozstań, bez dramatów, bez upadania. Bo rozstać się z miłością… to brzmi jak oksymoron. Bo przecież nie wszystko da się naprawić.
Są relacje, które można posklejać. Ale są też takie, które – mimo terapii, rozmów, prób – nie odżyją. I nie trzeba z tego robić tragedii narodowej. Czasem to po prostu kres historii, która miała sens przez chwilę.I to jest okej.Bo to, że się kochało – nie znaczy, że trzeba trwać w wiecznym kompromisie z samą sobą. Miłość nie powinna boleć codziennie. Nie powinna odbierać tlenu. Nie powinna zostawiać kobiety w pozycji „dam z siebie wszystko, byle on był zadowolony”.

Miłość to też wybór
Odejście z miłości to jeden z najtrudniejszych aktów odwagi. Nie ma fanfar, nie ma tłumów na peronie. Jest tylko ona – kobieta, która wybiera siebie bez aplauzu, z duszą na ramieniu, z walizką pełną wspomnień i sercem, które jeszcze drży.To nie zawsze jest ostateczne. Czasem to pauza. Czasem rozstanie prowadzi do nowego spotkania – z nim, ale już inaczej. A czasem prowadzi do kogoś innego.
Albo – co najważniejsze – do siebie. Bo ona przestaje już czekać na miłość z zewnątrz. Zaczyna ją czuć w środku.

TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay

Jeśli podoba Wam się to, co robimy i lubicie nas słuchać, możecie postawić nam kawę ☕️ za każdą z nich gorąco dziękujemy 💛
https://buycoffee.to/przypadki-milosne

Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu o związkach i miłości Przypadki miłosne pt. „Kocham ale muszę odejść” (kliknij, żeby posłuchać).
Podcast dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.