„Miłość do siebie? A komu to potrzebne, pani kochana?”

Z miłością do siebie jest jak z witaminą D — niby wszyscy wiedzą, że trzeba, ale jakoś trudno to wdrożyć w życie. Bo przecież nie wypada się sobą zachwycać, nie? Przecież nie można się rozpieszczać, odpoczywać, mówić „nie” i „mam dość”, bo to od razu egoizm i fanaberia. A co, jeśli to właśnie ten egoizm — mądry, czuły i dojrzały — jest nam najbardziej potrzebny?

Samopogarda narodowa — jak chleb powszedni

Zacznijmy od tego, że my, Polacy, jesteśmy mistrzami świata w dziedzinie samoponiżania. Nie wierzycie? Zapytajcie dowolną kobietę po czterdziestce, kiedy ostatnio powiedziała do siebie coś miłego. Nie „ładnie wyglądasz”, tylko: „jesteś wartościowa”, „jesteś wystarczająca”, „kocham cię”. Przysięgam, zobaczycie najpierw zmieszanie, potem śmiech, a na końcu… może nawet łzy.Bo mamy w sobie ten kult cierpienia. Dziedzictwo narodowe. Jak nie zapracowana, to niewystarczająca. Jak nie za gruba, to zbyt wymagająca. Jak nie zbyt wrażliwa, to zimna. Kobieta w Polsce, by czuć się okej, musi się najpierw zajechać. I najlepiej jeszcze przy tym przepraszać.

„Pokochaj siebie” – to nie znaczy: idź na prosecco i masaż

Miłość do siebie nie polega na kupieniu sobie nowej sukienki. Choć nie mam nic przeciwko sukienkom (zwłaszcza takim z kieszeniami). Ale chodzi o coś głębszego. Coś, co w podcaście nazwałyśmy z Anią tak: umiejętność stawania po swojej stronie, nawet gdy się siebie nie lubi.To jak być najlepszą przyjaciółką dla samej siebie. Nie wtedy, kiedy wszystko się udaje, ale właśnie wtedy, gdy wszystko się sypie. Miłość do siebie to pozwolenie sobie na błędy. Na słabość. Na odpoczynek. Na bycie „tylko” człowiekiem.

Serce – organ zapomniany

Pamiętacie, że mamy coś takiego jak emocje? Że serce to nie tylko pompa, ale kompas? No właśnie. A miłość do siebie zaczyna się tam, gdzie przestajemy być wyłącznie zadaniowi. Gdzie pytamy: „Czego ja właściwie potrzebuję?”. „Czy ja chcę tam iść?”. „Czy to dla mnie dobre?”.To brzmi prosto, ale dla wielu z nas to jakby mówić po chińsku. Bo nas nauczono: najpierw inni. Najpierw dzieci, mąż, klient, sąsiadka. A ty? Ty na końcu. Jak zostanie trochę sił, to możesz. Ale często nie zostaje nic. I wtedy nazywamy to „wypaleniem”. A to często po prostu… głód miłości do siebie.

A może by tak… zakochać się w sobie?

Nie, nie mówię o narcyzmie. Mówię o czułości. O tym, żeby rano zapytać siebie: „Jak się dziś czujesz, kochana?”. Żeby pozwolić sobie na łzy, jak coś boli. Żeby nie robić wszystkiego perfekcyjnie. Żeby wybrać siebie – raz na jakiś czas – jak najważniejszą osobę na tej planecie. Bo nią jesteś. Dla siebie.

Podsumowując: egoizm to nowa duchowość

Jeśli miałabym dziś zaapelować do kobiet (i mężczyzn!), powiedziałabym: bądźcie egoistami. Nie takimi, co wykorzystują innych. Tylko takimi, co potrafią powiedzieć: „ja też jestem ważna/y”. Co potrafią stanąć za sobą murem. Co nie muszą zasłużyć na odpoczynek. I co — choćby świat się walił — powiedzą do siebie szeptem: kocham cię, naprawdę.

TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, lubisz nas słuchać i czytać, możesz postawić nam kawę ☕️ za każdą z nich gorąco dziękujemy 💛
https://buycoffee.to/przypadki-milosne

Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu Przypadki miłosne pt. „O miłości do siebie” (kliknij, żeby posłuchać). Podcast o miłości dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.