​Freud w sypialni, czyli jak wybić zęby miłości mądrym słowem

​Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że zamiast siarczystego „ale mnie wkurzyłeś”, rzuciłyście w stronę partnera profesjonalną diagnozę kliniczną? Żyjemy w czasach, w których szafka nocna ugina się od poradników, a podcasty psychologiczne są ścieżką dźwiękową do porannej kawy. To wspaniale, że wiemy więcej, ale mam wrażenie, że ta wiedza stała się naszą nową bronią masowego rażenia. Zamiast budować mosty, stawiamy mury z cegieł, na których widnieją napisy: „narcyz”, „gaslighting” czy „lękowy styl przywiązania”.

​Kiedy „nie chce mi się” staje się brakiem „przestrzeni”​

Pamiętacie czasy, kiedy kłótnie były… prostsze? On zapomniał o rocznicy, Ty byłaś wściekła, on przepraszał (albo i nie), a potem jakoś to szło dalej. Dzisiaj, wyposażone w arsenał pojęć prosto z kozetki, nie mówimy już, że jest nam przykro. O nie, to by było zbyt staroświeckie i – o zgrozo – stawiałoby nas w pozycji osób wrażliwych. Zamiast tego serwujemy partnerowi komunikat: „Twoje zachowanie narusza moją autonomię i jest formą nieodpłatnej pracy emocjonalnej, na którą nie mam obecnie wydolności”.​Brzmi dumnie, prawda? Prawie jak wyrok sądu najwyższego. Problem w tym, że po takim zdaniu w sypialni zapada cisza, której nie powstydziłby się dom pogrzebowy. Bo jak z tym polemizować? To intelektualny szach-mat. Używamy „Therapy Speak” – czyli języka terapeutycznego – żeby poczuć się silniejszymi. Ale umówmy się: w relacji nie chodzi o to, kto ma wyższy certyfikat z psychologii, tylko o to, czy potrafimy się jeszcze nawzajem usłyszeć pod tym całym stosem trudnych słówek.​

Konkurs na najbardziej toksycznego eksa​

Przejdźmy do klasyki gatunku: Narcyz. To słowo stało się tak popularne, że niedługo zacznie wyskakiwać z lodówki. Słuchając opowieści moich klientek, mam wrażenie, że 100% byłych partnerów to podręcznikowe przypadki narcyzmu. Czy to możliwe? Statystyka mówi co innego. Prawdziwa osobowość narcystyczna to rzadkie i ciężkie zaburzenie. Ale my lubimy tę etykietkę. Dlaczego? Bo ona zdejmuje z nas ciężar zrozumienia, co właściwie poszło nie tak. „To narcyz” brzmi jak „to potwór”, a z potworem przecież nie da się porozumieć, więc wina leży wyłącznie po jednej stronie.​Łatwiej jest nakleić komuś nalepkę z diagnozą, niż przyznać, że po prostu oboje jesteśmy niedojrzali, albo że on jest zwyczajnym egoistą (co nie czyni go od razu pacjentem klinicznym). Diagnozując partnera, wchodzimy w rolę sędziego. A sędzia nie kocha, sędzia ocenia. I tu zaczyna się dramat, bo zamiast bliskości, mamy w domu salę rozpraw.

​Moja granica, Twoje więzienie

​Kolejnym hitem jest „stawianie granic”. Ach, jak my uwielbiamy te granice! „Stawiam ci granicę: nie wyjdziesz w sobotę z kumplami”. Kochane, zatrzymajmy się tutaj na moment. To nie jest granica. To jest ultimatum, próba kontroli i zarządzanie cudzym wolnym czasem w białych rękawiczkach. Granica to coś, co dotyczy nas. „Jeśli będziesz na mnie krzyczeć, wyjdę z pokoju” – to jest granica. „Nie wolno ci wyjść” – to jest tresura.​Nadużywamy tej psychologicznej nowomowy, żeby ubrać nasze lęki i chęć dominacji w szaty „rozwoju osobistego”. Bo przecież nikt nie chce być posądzony o bycie kontrolującą furiatką, ale o „dbanie o własne granice”? To brzmi tak świadomie, tak nowocześnie! Tymczasem w środku wciąż siedzi ta sama mała dziewczynka, która boi się odrzucenia, tylko teraz nauczyła się gryźć językiem Freuda.​

Czy w sypialni jest miejsce dla terapeuty?

Często pytacie mnie: „Viola, to co, mamy nie czytać, nie słuchać, nie wiedzieć?”. Oczywiście, że nie! Wiedza to skarb. Ale wiedza ma służyć wglądowi w siebie, a nie byciu biczem na partnera. Psycholog ma zakaz diagnozowanie i leczenia swoich bliskich nie bez powodu – brakuje mu dystansu. My w relacjach też go nie mamy. Widzimy świat przez filtr własnych emocji, urazów i oczekiwań.​Kiedy używamy „Therapy Speak”, uciekamy od bezbronności. A bezbronność to jedyna droga do prawdziwej intymności. Zamiast powiedzieć: „Boję się, kiedy wychodzisz, bo czuję się wtedy nieważna”, mówimy: „Twoje wyjścia aktywują mój lękowy styl przywiązania, co jest przejawem braku twojej pojemności emocjonalnej”. Czujecie różnicę? To pierwsze zaprasza do przytulenia. To drugie sprawia, że facet ma ochotę sprawdzić w Google, jak szybko można się wyprowadzić.​

Puenta? Wybebesz się po ludzku!

​Dlatego mój apel na dziś brzmi: przestańmy gadać jak terapeuci, a zacznijmy jak ludzie. Wyłóżmy te emocje na talerz, nawet jeśli są nieładne, poplątane i mało „profesjonalne”. Lepiej powiedzieć: „Jestem wściekła, bo nie umyłeś tych garów”, niż tworzyć elaboraty o naruszaniu przestrzeni domowej.​Język terapeutyczny powinien być mapą, która pomaga nam znaleźć drogę do partnera, a nie instrukcją obsługi pralki, którą rzucasz mu w twarz, gdy urządzenie nie działa. Bądźmy dla siebie partnerami, kochankami, przyjaciółmi.

Psychologa zostawmy w gabinecie. On tam ma swój fotel i za to mu płacą. My w naszych domach mamy łóżka, kanapy i kuchenne stoły – i to są miejsca na życie, a nie na sekcję zwłok związku w świetle psychologicznych definicji.​

Więcej o tym, jak nie zabić miłości mądrym słowem, usłyszycie w naszym podcaście „Przypadki Miłosne”. Zapraszamy Was do słuchania, bo tam rozkładamy te nasze psychologiczne gierki na czynniki pierwsze – bez ściemy, po ludzku i z humorem.​

TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, lubisz nas słuchać i czytać, możesz postawić nam kawę ☕️ za każdą z nich gorąco dziękujemy 💛
https://buycoffee.to/przypadki-milosne

Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu Przypadki miłosne pt. Przestań gadać jak terapeuta (kliknij, żeby posłuchać). Podcast o miłości dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.