Kiedy cel przestaje być marzeniem, a staje się więzieniem

Mówią nam od dziecka: „Miej cel i trzymaj się go”. Brzmi rozsądnie, wręcz motywująco – jak uniwersalny przepis na sukces. Problem w tym, że nikt nie dodaje dopisku: „…ale czasem puść go wolno, zanim cię wykończy”. Bo cel, który miał nas prowadzić, potrafi niepostrzeżenie zamienić się w ciasną klatkę. I wtedy z radości dążenia zostaje tylko zmęczenie, frustracja i poczucie, że życie przecieka nam przez palce.

Cel jak marchewka przed nosem

Znasz ten obrazek – osioł biegnie, bo przed jego oczami dynda marchewka. Tak często wygląda nasze życie. Ona ustawia sobie plan: schudnę dziesięć kilo, znajdę faceta, kupię mieszkanie. Marchewka wisi. Ona biegnie. Ale kiedy już dobiegnie – pojawia się kolejna marchewka. I kolejna. Niby jest progres, a jednak w środku wciąż pusto. Bo czy to naprawdę o marchewkę chodziło, czy o samo bieganie?

Gonitwa bez pauzy

Nie ma nic złego w dążeniu do celu. Problem zaczyna się wtedy, gdy zapominamy o pauzach, a życie zamienia się w sprint bez mety. Ona stawia sobie kolejne zadania i odhacza listę jak w Excelu, a przecież w Excelu jeszcze nikt szczęścia nie znalazł. Cel, zamiast dawać energię, zaczyna wysysać siły. Bo nie chodzi tylko o to, dokąd idziemy, ale jak idziemy – czy po drodze wąchamy kwiaty, czy tylko mijamy je w biegu, patrząc na zegarek.

Kiedy „muszę” zabija „chcę”

Największa różnica między marzeniem a celem? Marzenie nas kusi, cel – czasem przytłacza. Ona chciała nauczyć się tańczyć. Kupiła karnet, chodziła na zajęcia. Było cudownie… do momentu, gdy ustaliła, że musi opanować tango w trzy miesiące. Nagle lekkość zniknęła, pojawiła się presja. Z marzenia zrobiło się zadanie domowe. I wtedy magia przestała działać.

Cel, który wymaga korekty

Cele trzeba aktualizować jak GPS. Jeśli ona ustawiła nawigację w wieku dwudziestu lat, to nic dziwnego, że w wieku czterdziestu może jechać w zupełnie nie to miejsce, które ją teraz interesuje. Ale my często trzymamy się starego planu, bo „tak miało być” – jakby przyznanie, że chcemy skręcić, było porażką. Tymczasem największą odwagą jest powiedzieć: „Zmieniłam zdanie” i wybrać inną trasę.

Osiąganie z wdzięcznością

Dążenie do celu nie musi oznaczać rezygnacji z chwili obecnej. Można celebrować każdy krok, zamiast czekać na wielki finał. Ona może wstać rano i zamiast myśleć: „Jeszcze trzy kilo do zrzucenia”, pomyśleć: „Dziś pójdę na spacer w słońcu”. Bo sukces to nie tylko punkt na mapie, ale i wszystkie widoki po drodze.

Puenta:Cel jest po to, by nadawał kierunek, a nie by trzymał w kajdanach.

Jeśli dążenie zaczyna przypominać więzienie – pora zmienić plan albo nauczyć się cieszyć samą drogą. Bo czasem największym sukcesem jest umiejętność powiedzenia sobie: „Wystarczy. Teraz odpoczywam”. I wtedy marchewka przestaje być pułapką – staje się deserem, którym można się delektować w swoim tempie.

TEKST: Anna Skoczek, Violetta Nowacka
ZDJĘCIE: Pixabay

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, lubisz nas słuchać i czytać, możesz postawić nam kawę ☕️ za każdą z nich gorąco dziękujemy 💛https://buycoffee.to/przypadki-milosne

Artykuł powstał na podstawie odcinka podcastu Przypadki miłosne pt” Dążenie do celu” (kliknij, żeby posłuchać). Podcast o miłości dostępny jest na największych platformach streamingowych. Zachęcamy do słuchania, pozostawiania komentarzy i subskrybowania kolejnych odcinków.